Skip Navigation
               polski francuski

Maroko - styczeń 2014

Magia podróży

<p>Agadir_hotel Tagadirt</p>

Agadir_hotel Tagadirt

<p>Agadir_Club Med</p>

Agadir_Club Med

<p>Agadir_hotelowe koty</p>

Agadir_hotelowe koty

<p>Agadir_marina</p>

Agadir_marina

<p>Agadir_w tawernie</p>

Agadir_w tawernie

<p>Agadir_portowe koty</p>

Agadir_portowe koty

<p>Agadir_widok na twierdzę</p>

Agadir_widok na twierdzę

<p>Taroudant_Bab Kazbah</p>

Taroudant_Bab Kazbah

<p>Taroudant_Pałac Salam</p>

Taroudant_Pałac Salam

<p>Taroudant_Pałac Salam</p>

Taroudant_Pałac Salam

<p>Taroudant_zaklinacz wezow</p>

Taroudant_zaklinacz wezow

<p>Taroudant_plac</p>

Taroudant_plac

<p>Taroudant_suk_1</p>

Taroudant_suk_1

<p>Taroudant_suk_2</p>

Taroudant_suk_2

<p>Taroudant_suk_3</p>

Taroudant_suk_3

<p>U stóp Antyatlasu_1</p>

U stóp Antyatlasu_1

<p>U stóp Antyatlasu_2</p>

U stóp Antyatlasu_2

<p>Antyatlas_arganowiec</p>

Antyatlas_arganowiec

<p>U stóp Antyatlasu_3</p>

U stóp Antyatlasu_3

<p>U stóp Antyatlasu_4</p>

U stóp Antyatlasu_4

<p>U stóp Antyatlasu_5</p>

U stóp Antyatlasu_5

<p>Ouarzazate_kazba Taourirt_1</p>

Ouarzazate_kazba Taourirt_1

<p>Ouarzazate_kazba Taourirt_2</p>

Ouarzazate_kazba Taourirt_2

<p>Ouarzazate_kazba Taourirt_3</p>

Ouarzazate_kazba Taourirt_3

<p>Ouarzazate_kazba Taourirt_4</p>

Ouarzazate_kazba Taourirt_4

<p>Ouarzazate_kazba Taourirt_5</p>

Ouarzazate_kazba Taourirt_5

<p>Ouarzazate_kazba Taourirt_6</p>

Ouarzazate_kazba Taourirt_6

<p>Przez górskie bezdroża</p>

Przez górskie bezdroża

<p>Przez górskie bezdroża_2</p>

Przez górskie bezdroża_2

<p>Djebel Kissane nad Agdz</p>

Djebel Kissane nad Agdz

<p>Tajine w Agdz_1</p>

Tajine w Agdz_1

<p>Tajine w Agdz_2</p>

Tajine w Agdz_2

<p>Wzdluz rzeki Draa_1</p>

Wzdluz rzeki Draa_1

<p>Wzdluz rzeki Draa_2</p>

Wzdluz rzeki Draa_2

<p>Wzdluz rzeki Draa_3</p>

Wzdluz rzeki Draa_3

<p>W ksarze Tisirgat_uliczka</p>

W ksarze Tisirgat_uliczka

<p>W ksarze Tisirgat_2</p>

W ksarze Tisirgat_2

<p>W ksarze Tisirgat_muzeum</p>

W ksarze Tisirgat_muzeum

<p>W ksarze Tisirgat_studnia</p>

W ksarze Tisirgat_studnia

<p>W ksarze Tisirgat_salon</p>

W ksarze Tisirgat_salon

<p>Zagora_droga do Timbuktu</p>

Zagora_droga do Timbuktu

<p>Zagora_Palais Asmaa</p>

Zagora_Palais Asmaa

<p>Zagora_osada berberska</p>

Zagora_osada berberska

<p>Zielona dolina rzeki Draa</p>

Zielona dolina rzeki Draa

<p>Przez góry Jbel Saghro_1</p>

Przez góry Jbel Saghro_1

<p>Przez góry Jbel Saghro_2</p>

Przez góry Jbel Saghro_2

<p>Herbatka na pustyni</p>

Herbatka na pustyni

<p>Kocia euforia</p>

Kocia euforia

<p>Wsród wydm Ergu Chebbi_1</p>

Wsród wydm Ergu Chebbi_1

<p>Wsród wydm ergu Chebbi_2</p>

Wsród wydm ergu Chebbi_2

<p>Wsród wydm ergu Chebbi_Mehdi</p>

Wsród wydm ergu Chebbi_Mehdi

<p>Erfoud_koty</p>

Erfoud_koty

<p>Skamieniałości_1</p>

Skamieniałości_1

<p>Skamieniałości_2</p>

Skamieniałości_2

<p>Studnie berberyjskie</p>

Studnie berberyjskie

<p>Tinghir_widok na ksar</p>

Tinghir_widok na ksar

<p>Tinghir_sprzedawca</p>

Tinghir_sprzedawca

<p>Wąwóz Todra_u wlotu</p>

Wąwóz Todra_u wlotu

<p>Wąwóz Todra_skalne wrota</p>

Wąwóz Todra_skalne wrota

<p>Wąwóz Todra_górne piętro</p>

Wąwóz Todra_górne piętro

<p>Wąwóz Todra_fotka z królem</p>

Wąwóz Todra_fotka z królem

<p>Dolina Dades_marabut</p>

Dolina Dades_marabut

<p>Dolina Dades_topole</p>

Dolina Dades_topole

<p>Dolina Dades_Ait ben Moro_1</p>

Dolina Dades_Ait ben Moro_1

<p>Dolina Dades_Ait ben Moro_2</p>

Dolina Dades_Ait ben Moro_2


Magiczne Południe

Tuż po Nowym Roku wybrałam się w objazdową podróż do Maroka, na Magiczne Południe. Podczas całego pobytu nie mogłam się nadziwić swojemu szczęściu. W tym terminie (3-10 stycznia) pojechałam zupełnie przypadkowo. Najpierw chciałam jechać jeszcze w grudniu, tuż przed Świętami, ale przegapiłam najkorzystniejszą cenę, więc zrezygnowałam. Po Świętach, przytłoczona polskim obżarstwem znowu zapragnęłam ucieczki od polskiej codzienności i na nowo zaczęłam szukać okazyjnej wycieczki na południe Maroka. Znalazłam taką od 10 do 18 stycznia, zapłaciłam, a dzień później okazało się, że ją anulowano z powodu niewielkiej ilości chętnych. Zaproponowano mi przeniesienie na 3 lub 24 stycznia. Pomyślałam, że z początkiem miesiąca na pewno nie zdążę jeszcze złapać jakiegoś przeziębienia, więc zdecydowałam się na 3 stycznia, mimo że do wyjazdu pozostały raptem 3 dni. Błyskawicznie się spakowałam, w dodatku dostałam jeszcze zwrot 130 zł za anulowanie wybranego przeze mnie terminu i pojechałam.

Okazało się, że był to strzał w dziesiątkę! Po pierwsze trafiła się maleńka grupka: zaledwie 17 osób (zazwyczaj jest ponad 30 uczestników), więc mięliśmy mnóstwo miejsca w autokarze, sprawnie załatwialiśmy wszystkie formalności, no i wszyscy się szybko poznaliśmy. Oczywiście przeważały panie: na 4 mężczyzn było aż 13 kobiet (od 20 do 83 lat)! Wyraźnie było widać, kogo ciągnie w świat.

Po drugie - trafiła się nam fantastyczna pogoda, prawdziwy wybryk natury. O tej porze roku powinno być w Maroku raczej chłodno (maks. do 17-18 st.) i deszczowo. A my codziennie mieliśmy olśniewające słońce i temperatury powyżej 20 stopni. W Marrakeszu było nawet 32! Dopiero w ostatni dzień po południu, już w Agadirze, tuż przed powrotem do Polski, zaczął padać slaby deszcz. Gdyby nie spóźnienie samolotu, w ogóle nie wiedzielibyśmy, ze popsuła się pogoda! W następnym tygodniu było już dużo chłodniej i padał deszcz, a w górach śnieg.

Tak więc to był naprawdę wyjątkowy pobyt pod absolutnie każdym względem! Ale o tym dalej.

Agadir

Pobyt w Maroku zaczął się i zakończył w Agadirze - mieście wielkim, lecz nieciekawym, bo zniszczonym w latach 60. przez trzęsienie ziemi. Zresztą nie dotarłam do właściwego Agadiru, zadowalając się jedynie nadmorską strefą turystyczną, gdzie znajdował się nasz hotel. Był dokładnie taki, jak lubię - białe bungalowy rozrzucone na dużej powierzchni, w otoczeniu zieleni, basenów, z mnóstwem schodków, labiryntem pasaży, taki w duchu arabskich medyn, gdzie łatwo się zgubić. A po zmroku zewsząd wychodziły koty. Zresztą koty towarzyszyły nam w każdym hotelu, bo żaden z nich nie był typowym 10-pietrowym klockiem, lecz zbudowanym na wzór arabskiego riadu - domu z wewnętrznym ogrodem z fontannami i basenami.

Nad morze nie było daleko - jakieś 300 m, które można było przejść wąską stromą uliczką lub przez teren francuskiego Club Méditerranée, jeśli się było dostatecznie bezczelnym. Oczywiście byłam, bo chciałam zobaczyć, jak wypoczywają francuskie snoby. Mieli tam wszystko, co potrzebne do życia na wakacjach, włącznie z własną plażą, więc w zasadzie przez tydzień lub dwa mogli nie opuszczać strzeżonego terenu, a potem się chwalić, że byli w Maroku. Już na wejściu, na środku niewielkiego dziedzińca zachwycała niewielka fontanna obsypana dwubarwnymi płatkami róży. Dalej były tereny sportowe, włącznie z mini-golfem, tereny spacerowe, kafejki, restauracje, baseny, sklepiki, itp.

W Agadirze nieźle poznałam plażę, bo doszłam nią aż do luksusowej mariny, otoczonej eleganckimi rezydencjami, za którą rozciąga się port, a za ogrodzonym portem znalazłam miejsce, którego szukałam: lokalne tawerny dla miejscowych, w których serwują ryby i owoce morza. W zasadzie były do straszne budy, z wystawionymi na zewnątrz ławami, pokrytymi ceratą, przy których siedzieli rożnej maści konsumenci z błogością malującą się na twarzach. Zamówiłam więc talerz smażonych rybek i owoców morza, herbatę i bynajmniej się nie rozczarowałam. Przy mnie resztkami pożywiły się miejscowe koty, a czego one nie zjadły, to zabrałam dla kotów hotelowych.

Nad Agadirem wznosi się wzgórze z ruinami dawnej warowni (rozleciała się podczas trzęsienia ziemi), z którego jest widok na miasto i zatokę, ale nie wspominam go mile, bo właśnie tam zostawiono mnie, a autokar odjechał w siną dal. Przeżyłam chwile grozy w otoczeniu garstki tubylców płci męskiej i nie mając numeru telefonu do pilotki, ale wszystko szczęśliwie się skończyło. Tubylcy oferowali mi pogoń za autokarem ich prywatnym samochodem, ale trochę obawiałam się takiego rozwiązania problemu (mogłam się wpakować w jeszcze gorsze kłopoty), więc wróciłam z jednym z nich taksówka do hotelu, gdzie w końcu, dzięki pomocy przyjaciółki, interweniującej w biurze turystycznym z Polski, wrócił po mnie autokar.

Tak więc pobyt w Maroku zaczął się z drobnymi kłopotami, ale dzięki temu przekonałam się na własnej skórze, że Marokańczycy są otwartymi, miłymi i uczynnymi ludźmi.


Taroudant

Po przygodzie w twierdzy w Agadirze pojechaliśmy już prosto do Taroudant, pięknego miasta słynącego z murów obronnych długich na przeszło 6 km, ze 130 wieżami i 19 narożnymi bastionami. Weszliśmy do niego przez piękną starą bramę Bab al Kasbah do ogrodów dawnego pałacu paszy - Salam, gdzie obecnie mieści się luksusowy hotel.

Przeszliśmy się też labiryntem lokalnego suku (targu), zwanego "małym Marrakeszem", pełnym sklepików, maleńkich zakładów rzemieślniczych, odurzających zapachami i kolorami.

Dotarliśmy na główny plac, gdzie po pustce pory obiadowej znowu zaczęli gromadzić się ludzie (czyli mężczyźni), podziwiający pokazy zaklinacza wężów i inne atrakcje. Za 2 euro mogłam sfotografować zaklinacza z kobra, a potem się okazało, że w cenę wchodzi jeszcze zdjęcie z innym wężem na mojej szyi. Tym już byłam mniej zachwycona, ale trzeba było trzymać fason wobec kilkudziesięciu facetów zgromadzonych wokół zaklinacza.

Potem pożegnaliśmy Taroudant i pojechaliśmy górskimi bezdrożami na wschód.

U stóp Antyatlasu

Po opuszczeniu Taroudant, wokół ciągnęły się pustkowia, ograniczone jedynie górami Antyatlasu. Jednak te dzikie pustkowia miały niesamowity urok i nie były pozbawione roślinności: najpierw pojawiły się drzewa arganowe, z których orzechów Berberki wytłaczają wspaniały olej. Teraz owoce były tylko na pojedynczych drzewach, ale i tak podczas postoju udało nam się je sfotografować. Potem arganowce powoli zaczęły zanikać i pojawiły się piękne, malownicze drzewa z gatunku akacji. Czułam się jak na sawannie, chociaż te marokańskie akacje były znacznie mniejsze niż środkowoafrykańskie. Następnie akacje ustąpiły miejsca dziwnym liściastym krzewom, w kolorze srebrzystej zieleni, które okazały się trującymi mleczarami wyniosłymi. Niestety, nie zatrzymaliśmy się przy nich, a szkoda, bo pewnie każdemu przydałby się mały zapasik takich trujących listków lub, jeszcze lepiej, owoców przypominających jabłka. Nigdy nic nie wiadomo.

Od czasu do czasu mijaliśmy tylko brzydkie berberskie osady, z nowszymi domami wybudowanymi z pustaków i starszymi - z wypalanej gliny. Zawsze zżymam się w Polsce na szpetotę polskich wiosek, ale te marokańskie, o ile nie są starymi, obronnymi warowniami, są po prostu bardzo biedne i bardzo brzydkie. Wszędzie fruwają foliowe woreczki, zaśmiecając okolice, przy drodze walają się zużyte, nienadające się już do niczego plastykowe butelki i inne odpady. To samo zauważyłam w Tunezji i Egipcie. Tam zupełnie nie istnieje troska o przestrzeń publiczną. We własnych domach wszyscy maja zadziwiającą czystość (wiem, bo byłam), natomiast ulice i okolice domów toną w śmieciach i brudzie. Pod tym względem jednak wolę Austrię, a szczególnie Tyrol, gdzie można wędrować cały dzień i nie spotkać ani jednego śmiecia.

Jednak te pustkowia Maroka maja niesamowita urodę, dzikość i wolność, jakiej brakuje w Europie. Po tłocznym, szarym Krakowie czułam, jak moja dusza tam odżywa, zupełnie wolna, niczym nie ograniczona - ani czasem, ani przestrzenią. Pod wieczór dotarliśmy do Ouarzazate, zwanego bramą pustyni, z piękną starą kazbą, którą zwiedzaliśmy następnego dnia.

Kazba Taourirt w Ouarzazate

Po noclegu w Ouarzazate, rześkim porankiem podjechaliśmy pod kazbę Taourirt, imponującą siedzibę rodu Glaoui z XVII w. Jak wszystkie budowle berberskie, została zbudowana z suszonej, niewypalanej gliny, wymieszanej ze słomą. Z zewnątrz wygląda dosyć surowo, lecz wewnątrz ma pięknie zdobione pomieszczenia, niektóre w stylu arabskim, z barwnymi stiukami w kwiatowe wzory, inne bardziej surowe, ze stropami zrobionymi z miejscowego materiału, jak choćby palmy, drewna eukaliptusowego czy cedrowego. Podobno jest ich ok. 300, w tym wielkie sale, kuchnia, harem, do których dociera się wąziutkimi pasażami, uliczkami, bramami. Oczywiście nie zwiedzieliśmy ich wszystkich, jedynie te najciekawsze, bo gdyby chcieć wszystko zobaczyć, musielibyśmy spędzić tam pół dnia, a trzeba było ruszać w dalszą drogę.

Po górskich bezdrożach

Po opuszczeniu Ouarzazate jechaliśmy coraz dzikszymi górskimi bezdrożami, o przeróżnych skalistych formach i barwach skal i ziemi. Maroko jest niesamowite pod tym względem: o ile w Polsce ziemia ma jeden określony kolor, dosyć nieciekawy, gdy jest sucha, to w Maroku ma całą paletę ciepłych barw - od delikatnej ochry, ugru, przez wszystkie odcienie sjeny - od lekko różowej, przez różowopomarańczową, krwistą, aż do ciemnego bordo. Te barwy mieszają sie ze sobą, czasami pojawiają się w skałach rozmieszczone różnobarwnymi warstwami, jak w przekładańcu. Jechaliśmy dość długo przez te pustkowia, a ja na moment nawet nie zmrużyłam oka, tak fascynowały mnie mijane krajobrazy.

Agdz

W końcu dojechaliśmy do małego miasteczka o dziwnej nazwie Agdz, co w języku berberskim oznacza "miejsce odpoczynku". Niegdyś było ważnym punktem na trasie karawan jadących z Marrakeszu do Timbuktu na południu Sahary, ale odkąd karawany przestały przemierzać pustynię, zupełnie straciło na znaczeniu. Ożywia się jedynie w czwartki, gdy odbywa się tam cotygodniowy targ. Nad Agdz góruje bardzo dziwna góra, Djebel Kissane, przypominająca naczynie tagine. I to właśnie w cieniu tej góry spróbowałam swojej pierwszej tagine, podanej w potwornie gorącym ceramicznym naczyniu, z którego unosił się oszałamiający zapach przypraw, warzyw i mięsa. Miejsce, w którym to jadłam, było jak wszystkie tego typu jadłodajnie w Maroku - bardzo skromne, zaledwie kilka stolików na chodniku, tuż nad ulicą, którą przemieszczali się tubylcy na osiołkach. Kibelka (typu tureckiego) może nie będę opisywać, ale jedzenie było znakomite.

Dolina rzeki Draa

W Agdz zaczynają się już zupełnie inne krajobrazy, bo teraz droga prowadzi doliną rzeki Draa, porośniętą palmowymi oazami. W tym przypadku jest to prawdziwy palmowy las, ciągnący się całymi kilometrami wzdłuż koryta rzeki. Piszę koryta, bo na początku, owszem, wszędzie były palmy, ale nigdzie nie było widać wody. Z powodu anomalii pogodowych zamiast pory deszczowej nadal była susza i koryto było zupełnie wyschnięte. Woda pojawiła się dopiero dalej.

Ksar Tisirgat

Drugiego dnia objazdu późnym popołudniem dotarliśmy do oazy, którą zwiedziliśmy z przewodnikiem. Prawdę mówiąc, nigdy nie starałam sobie wyobrazić, jak wygląda wnętrze takiej oazy, a tam okazało się, że jest poprzecinana nawadniającymi kanałami, drogami dojazdowymi, przypominającymi parowy, a pod palmami są zagospodarowane poletka pod uprawę warzyw. W zimie niewiele tam rośnie, lecz w sezonie wegetacji uprawiają tam wszystkie potrzebne im warzywa, które palmy osłaniają przed zbyt gorącym słońcem. Nikt nie rozjeżdża oazy traktorami, bo do transportu służą osiołki.

Po zwiedzeniu oazy i hurtowych zakupach daktyli u lokalnych małoletnich sprzedawców pojechaliśmy do Tisirgatu, ufortyfikowanej wioski, czyli ksaru. Wyglądała bajkowo na tle palmowego lasu, w ciepłym świetle przedwieczoru. Oczywiście nikomu z nas nie przyszło do głowy, by założyć na siebie coś ciepłego, bo na zewnątrz było przeszło 20 stopni. Gdy weszliśmy w mury ksaru, zaczęliśmy dygotać z zimna. Nie przypuszczałam, że gliniane budynki mogą aż tak bardzo izolować od słońca. W lecie to błogosławieństwo, lecz zimą nie jest tam zbyt przyjemnie. Dlatego więc Berberyjki większość czasu spędzają na wewnętrznych podwórkach lub na tarasach dachowych, gdzie można cieszyć się słońcem. Zwiedziliśmy tam muzeum wyposażone w typowe berberyjskie sprzęty, używane zarówno przed wiekami, jak i dzisiaj. Najprostsze, z drewna i gliny.

Dzięki koneksjom Martyny, naszej pilotki, mogliśmy też zobaczyć wnętrze autentycznego berberyjskiego domu wewnątrz ksaru. Martyna wielokrotnie podkreślała, że należy on do zamożnych ludzi, którzy są bardzo dumni choćby z tego, że posiadają własną studnię i nie musza daleko chodzić po wodę. Gospodyni z wielką dumą pokazała nam swoją studnię, a potem kuchnię, sypialnię i salon. Sypialnia była malutkim pomieszczeniem z rozłożonymi na ziemi (przykrytej dywanikiem) skórami zwierzęcymi i kocami do okrycia się podczas snu. W salonie były tylko 2 dywany na ziemi i wałki pod ścianami, by goście mieli na czym usiąść. Gdy pomyślałam sobie, w ile niepotrzebnych sprzętów są wyposażone nasze sypialnie i salony, to poczułam wielki wstyd, że tak zachłannie gromadzimy cale góry rzeczy, a przecież można się obejść tak niewieloma. I być przy tym szczęśliwym. Nasza gospodyni była wykształconą kobietą - nauczycielką w miejscowej szkole. Miała tak niewiele, lecz na jej twarzy malował się spokój i zadowolenie z życia.

Zagora

Pod wieczór dojechaliśmy do Zagory, skąd w dawnych czasach ruszały karawany przez pustynię w stronę legendarnego Timbuktu. Kiedyś Timbuktu było przebogatym miastem na skrzyżowaniu szlaków, na południu od Sahary, ale odkąd odkryli go Europejczycy i zorganizowali morski transport do środkowej Afryki, podupadło i zasypały go piaski pustyni. Do dzisiaj archeolodzy wykopują spod piasków cenne arabskie manuskrypty, z najbogatszej biblioteki średniowiecznego świata. Z Zagory do Timbuktu było 52 dni podroży karawana. Trzeba było mieć tyłek naprawdę przyzwyczajony do kołyszącego się chodu wielbłąda, bo ja z trudem wytrzymuję 30 minut.

Hotel w Zagorze, na skraju oazy palmowej przypominał pałac z baśni Tysiąca i jednej nocy, zresztą nazywał się Palais Asmaa. Oczywiście miał piękny wewnętrzny ogród z fontannami i basenami, nad którymi w cieplejsze pory roku serwowane były posiłki. My, niestety, musieliśmy zadowolić się salą restauracyjną. Tuż za hotelem wznosiła się góra, na zboczu której, w skale, wydrążone były berberskie domki. To był niesamowity kontrast miedzy tymi skromniutkimi domkami w skale ubogich Berberów, a tym kapiącym od ozdób hotelem dla zamożnych gości z Europy.

Podróżny pech

Od samego początku prześladował mnie wyraźny pech: pierwszego dnia objazdu zostałam sama w twierdzy w Agadirze, a autokar odjechał beze mnie, zostawiając mnie z grupą tubylców. Najlepsze jest to, że nikt, ale to nikt nie zauważył mojego zniknięcia, mimo, że siedziałam tuż za pilotką. Również pomocnik kierowcy, który przeliczał naszą niewielką grupkę.

Drugiego dnia mocno potłukłam się, gdy potknęłam się na kamieniu i przewróciłam, fotografując osła przy oazie. Nie mówiąc już o tym, że już wcześniej całe uda miałam posiniaczone, bo w autokarze przy wysiadaniu ciągle obijałam się o oparcie siedzenia, zapominając go złożyć.

Trzeciego dnia bankomat zatrzymał mi kartę, nie wypłacając potrzebnej gotówki. Odzyskałam ją, ale z powodu nadmiernego stresu pojawiły się problemy gastryczne. Prześladowana ciągłym pechem nie byłam w stanie cieszyć się pięknem dzikiego południowego Maroka.

Dopiero pod koniec trzeciego dnia zrozumiałam, skąd ten pech. Tym razem pojechałam na wymarzoną objazdową wycieczkę po Maroku sama, bez męża, bo nie mógł lub raczej nie chciał tam pojechać. Ponieważ był bardzo niezadowolony z mojego wyjazdu, cały czas czułam się winna, że tam jestem, a on został w Polsce i musi chodzić do pracy. A jeśli jest wina, musi być i kara. Tak więc dzień po dniu podświadomie karałam samą siebie za spełnianie swoich marzeń.

Gdy to zrozumiałam, wiedziałam, że muszę przestać się sabotować. Pod murami ksaru Tisirgat znalazłam niewielki czarny kamień w kształcie mydła. Skojarzył mi się z okrągłym kamieniem do symbolicznych ablucji, widzianym w muzeum. Tak więc wieczorem w hotelu wyjęłam z plecaka ten kamień i symbolicznie umyłam nim całe ciało, szczególnie głowę, mówiąc, że zmywam z siebie poczucie winy. Potem przepłukałam kamień zimną wodą i... pech odszedł. Już nie miałam więcej niemiłych przygód; wręcz przeciwnie – zaczęłam przyciągać do siebie dobry los.

Góry Jbel Saghro

Następnego dnia ruszyliśmy w drogę najpierw jeszcze zieloną doliną rzeki Draa, a gdy ją opuściliśmy, pojawiły się jałowe góry Jbel Saghro, jedynie z rzadka upstrzone pojedynczymi drzewkami. Niegdyś było tu ciepłe morze i teraz ten region słynie ze wspaniałych skamielin z amonitami, trylobitami, jeżowcami i in., które są tu w ogromnych ilościach i służą za surowiec do wyrobu absolutnie wszystkiego: od drobnych wisiorków dla turystów, przez popielniczki, mydelniczki, aż po umywalki, wanny, fontanny i ogromne ozdobne panneaux. Pejzaż za oknem autokaru stawał się coraz bardziej dziki, coraz bardziej pusty, jedynie tu i ówdzie wznosiły się samotne góry o fantastycznych kształtach.

Sahara - Erg Chebbi

Po południu przyjechaliśmy do hotelu w Erfoud, skąd dwoma jeepami ruszyliśmy na fakultatywną wycieczkę na Saharę, na wspaniale, ogromne wydmy Ergu Chebbi. Po drodze zatrzymaliśmy się u Berberów, którzy ugościli nas szklaneczką zielonej herbaty. Ponieważ do ich salonu w namiocie, pokrytym dywanami, nie wchodzi się w butach, więc zostawiliśmy nasze obuwie na zewnątrz, ku ogromnej radości tamtejszego burasa. Nie wiem, co ten kot wyczuwał w jednej parze męskich butów, ale odstawił cały spektakl: wąchał z upojeniem te buty, wcierał się w nie głową, tarzał, chciał wejść do środka. Śmialiśmy się, że z pewnością ich właściciel (nota bene Kolumbijczyk), z pewnością zamiast talku używał marihuany, stąd ta kocia euforia.

Erg Chebbi

Już gdy zatrzymaliśmy się u Berberów na herbatkę, widać było na horyzoncie piętrzące się żółtawe góry. Gdy do nich dojechaliśmy, okazało się, że to nie góry, lecz olbrzymie wydmy pustyni piaszczystej Chebbi, ciągnącej sie 20 km z północy na południe i 5 km ze wschodu na zachód. Niektóre wydmy mają nawet 160 m wysokości. Ta pustynia wygląda dokładnie tak, jak to sobie wyobraża każdy Europejczyk. Będąc w Egipcie przekonałam się, jak różna może być pustynia i że przeważa ta brzydka, żwirkowa, w ciemnym kolorze, zupełnie plaska, bez najmniejszej wydmy. W Tunezji miałam przedsmak tej prawdziwej piaszczystej pustyni, ale dopiero w Maroku odkryłam jej prawdziwe piękno.

Załadowano nas na wielbłądy i każda dwójka dostała swojego przewodnika. Mój zdecydował, że pojedzie tylko ze mną, co mnie bardzo ucieszyło. Wcześniej zmagałam się z ogromnym poczuciem winy, że sama pojechałam do Maroka, zostawiając męża z kotami, ale w końcu uporałam się z tym niemiłym uczuciem i jakby w nagrodę, dostałam najładniejszego wielbłąda, koloru kawy z mlekiem i najprzystojniejszego Berbera - Mehdiego.

To już było moje trzecie doświadczenie z jazdą na wielbłądzie, więc nie potrzebowałam się już kurczowo trzymać uchwytu, jedynie mocno ściskałam zwierzę nogami, by nie fiknąć koziołka. Tak więc mogłam robić zdjęcia, co nie było łatwe, wziąwszy pod uwagę ciężar i gabaryty mojego aparatu oraz kolebiący chód wielbłąda. Jakoś jednak sobie poradziłam i zdjęcia wyszły całkiem ładne. Gdy dotarliśmy na największe wydmy, zeszliśmy z wielbłądów i każda para mogła oddalić się nieco ze swoim przewodnikiem. Myśmy oddalili się nawet więcej, niż to "nieco", bo dotarliśmy na całkiem oddalone wydmy, skąd już nie było widać reszty ludzi. Oczywiście zdjęłam buty, by nacieszyć się kontaktem z piaskiem, który, ku mojemu zdziwieniu był... chłodny. Nie nagrzał się w ciągu całego dnia. W Tunezji w listopadzie był jeszcze ciepły, szczególnie we wnętrzu wydmy, a w Asuanie wręcz parzył. Ale ten miał piękną bursztynową barwę, więc nawet wybaczyłam mu ten chłód, leżąc sobie na nim. Mehdi śpiewał mi piosenkę, skryty za wierzchołkiem kolejnej wydmy... Słońce powoli zbliżało się coraz bardziej do horyzontu, aż w końcu zaszło, nadając wydmom niesamowitą czerwoną barwę. Ta chwila mogłaby wiecznie trwać. Niestety, trzeba było wracać. Obiecałam sobie, że na pewno jeszcze tam kiedyś wrócę i to nie z taką wycieczką w ramach przemysłu turystycznego, lecz sama albo w niewielkiej grupce przyjaciół.

Skamieniałości

Rano, zanim wyjechaliśmy z hotelu w Erfoud, zrobiłam jeszcze sesje fotograficzna hotelowym kotom. Zresztą nie tylko ja! Pojawiły się tuż po wschodzie słońca, gdy szliśmy na śniadanie. Pozajmowały wszystkie poduchy na krzesłach dla gości pod restauracja. Myślałam, że wylegują się tam tylko dla wygody. Gdy wracaliśmy ze śniadania, były już w pełnym słońcu, wygrzewając się z lubością. To najładniejsza kocia sesja fotograficzna, jaka kiedykolwiek mi się przytrafiła.

Po wyjeździe z Erfoud, pojechaliśmy do ogromnego centrum przetwarzającego i sprzedającego wyroby ze skamielin. Nawet nie podejrzewałam, że one są aż tak ogromne. Do tej pory widziałam niewielkie amonity i "rybki" na różnych wystawach geologicznych, ale nigdy takich monstrualnych. Nie dziwię się, że wyrabiają z nich nawet wanny. Można sobie taką zamówić. Oczywiście nie nadaj się ją na bagaż do samolotu, bo jednak takie maleństwo trochę sobie waży, więc transportem zajmują się specjalne firmy spedycyjne. Jak wygram te miliony w lotto, to sobie sprawie jakiś "drobiazg" z marokańskich skamielin, np. wieszak do hallu .

Berberyjski akwedukt

Zatrzymaliśmy się też w ciekawym miejscu, by poznać pustynny system nawadniający, wymyślony przez Berberów. O ile Rzymianie mieli nadziemne akwedukty, którymi sprowadzali do miast wodę z gór, to Berberowie mieli system połączonych studni, którymi przesyłali wodę na spore odległości. M.in. Marrakesz jest w ten sposób zaopatrywany w wodę z gór Atlas, która systemem podziemnych studni dociera do miasta, które nie leży nad żadną rzeką ani brzegiem morza.

Wąwóz rzeki Todry

W południe wjechaliśmy na płaskowyż rozdzielający Atlas Wysoki od Antyatlasu, gdzie na wys. 1300 m jest usytuowane piękne miasteczko Tinghir, otoczone gajami palmowymi. Niestety, mogliśmy podziwiać go tylko z daleka, bo w styczniu dni są krótkie, więc i program zwiedzania był mocno skrócony. To, co inne grupy, o innych porach roku mogły spokojnie zwiedzić, my tylko podziwialiśmy przez szyby autokaru albo na króciutkim, 5-min. postoju. Cóż, każda pora roku ma swoje plusy i minusy.

Za Tinghir zaczyna się już dolina rzeki Todry, która w swoim górnym biegu tworzy piękne przełomy, przeciskając się miedzy 300 metrowymi ścianami z różowego piaskowca. Dolina faktycznie piękna, będąca jakby naturalną warownią, z zielonym dnem rzeki i różowymi prawie pionowymi, dzikimi skalnymi ścianami. Niestety, bardzo trudna do fotografowania, nawet, gdy już się zatrzymaliśmy, bo były tam olbrzymie kontrasty miedzy strefami cienia i słońca. Zresztą te kontrasty były nie tylko optyczne, również termiczne: w słońcu było gorąco, a w cieniu dygotało się z zimna. Na dnie doliny pasło się stado osiołków, po wodzie przechadzała się czapla, a Berberyjki prały ubrania w lodowatej wodzie (chyba pod turystów, żeby dostać coś za zdjęcia). Dałam im kosmetyki - wyglądały na zadowolone.

W wąwozie mieliśmy godzinę na zjedzenie obiadu i spacer do górnego pietra doliny. Szybko zjadłam więc wspaniały kus-kus (na który jednak dość długo czekaliśmy, mimo wcześniejszego zamówienia), zrobiłam sobie zdjęcia z miłościwie panującym Mohammadem VI (może nie osobiście, bo był wtedy w Marrakeszu, ale z jego portretem) i pobiegłam zobaczyć górne piętro doliny, obwieszone pamiątkami. Niestety, w restauracji nie było portretu jego pięknej żony, księżnej Lalli Salmy, która nigdy nie zasłania swoich długich kasztanowych włosów. Chociaż przy niej to pewnie wyglądałabym na "Monsieur", jak tytułowały mnie w jednym z ksarów berberskie dzieci, gdy dawałam im słodycze, bo w głowie im się nie mieściło, że ktoś z krótkimi włosami i w spodniach może być "Madame".

Dolina rzeki Dades

Po opuszczeniu wąwozu Todra, jechaliśmy piękna doliną rzeki Dades (dopływ Draa - najdłuższej rzeki Maroka), zwanej "drogą tysiąca kazb". Faktycznie, jest ich tam bez liku, jedne w dobrym stanie, inne w rozsypce, ale nadal malownicze. Zatrzymaliśmy się obok jednej z nich, pięknie odrestaurowanej, w miejscowości Skoura - Ait ben Moro. Teraz mieści się w niej luksusowy hotel i restauracja.

Przejeżdżaliśmy też przez region El Kelaa el Mgouna, słynny z uprawy róży damasceńskiej. Niestety, o tej porze roku różane krzewy nie tylko nie kwitły, a nawet nie miały liści. Przypominały uschłe krzaczki niskich przydrożnych żywopłocików. O zimie też przypominały nagie gałęzie topoli, orzechów i migdałowców. Cóż, różane produkty kupiłam dopiero w zielarni w Marrakeszu, gdzie pachniało rozgrzanym latem.

Pod wieczór, gdy mijane skały i kazby przybrały czekoladową barwę, dojechaliśmy do Ouarzazate, gdzie mieliśmy drugi nocleg. Tym razem już zapamiętałam, że hotel jest niedaleko kazby Taourirt, więc poszłam do niej przed kolacja. Oczywiście zaraz po wyjściu z hotelu zgubiłam się, ale natychmiast zareagowali 2 tubylcy i zaprowadzili mnie pod pięknie oświetloną kazbę. Nawet starszy z nich zapraszał mnie do domu na herbatę, ale nie chciałam spóźnić się do hotelu na kolację, więc grzecznie podziękowałam. Gdybym miała więcej czasu, to pewnie skorzystałabym z zaproszenia, bo jakoś w Maroku czułam instynktownie, że nic mi nie grozi.

Wracając wstąpiłam jeszcze do maleńkiego sklepiku z pamiątkami, gdzie kupiłam piękny berberski wisiorek. Niestety, nie miałam już więcej gotówki, a sprzedawca pokazywał mi prawdziwe berberskie skarby. Zaczął oczywiście od potwornego chińskiego badziewia dla niewybrednych turystów, ale gdy prychnęłam, że nie noszę plastyku, to natychmiast poszedł na zaplecze i wyniósł stamtąd pudełko prawdziwej biżuterii. Potem żałowałam, że nie spróbowałam wyjąć gotówki z bankomatu, ale wciąż jeszcze pamiętałam moją niedawną przygodę z pożartą przez bankomat kartą.

Ksar Ait Ben Haddou

Gdy nastał kolejny słoneczny, lecz chłodny poranek, opuściliśmy Ouarzazate, by pojechać do najbardziej malowniczego ksaru Maroka - Ait Ben Haddou. Ta warowna osada, położona na wzgórzu nad rzeką Ouarzazat (jeszcze wyschłej tej zimy, z powodu braku opadów), już od XVI wieku była ważnym miastem handlowym na trasie karawan, między Ouarzazate a Marrakeszem. Podupadła, gdy otworzyły się morskie szlaki wzdłuż zachodniego wybrzeża, a całkowicie straciła znaczenie, jako miasto handlowe i warownia, gdy Francuzi zbudowali drogę przez Atlas Wysoki (przełęcz Tiszka). W 1987 r. została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, ale teraz przeżywa swą świetność jako malowniczy plan filmowy ("zagrała" m.in. w "Gladiatorze", "Klejnocie Nilu", "Aleksandrze").

Większość ludzi mieszka poza fortyfikacją, ale kilka rodzin jednak tam pozostało, a my mieliśmy okazję zobaczyć mieszkanie jednego z tamtejszych aktorów - wysokiego, przystojnego Berbera. Zupełnie nie przeszkadza mu, że w amerykańskich produkcjach grywa podrzędne rólki, w zasadzie jako statysta, np. wachlujący cesarza albo niosący lektykę. Dla polskiego artysty byłaby to życiowa porażka, a on jest zadowolony, że ma z czego utrzymać rodzinę. Zrobiliśmy sobie z nim oczywiście zdjęcia, bo przecież nie na co dzień obcuje się z aktorami grywającymi w kasowych hollywoodzkich produkcjach. Ale i tak największe wrażenie zrobił na mnie osiołek w zagrodzie oraz prawdziwie księżycowy krajobraz, otaczający ksar.

Jak już wspomniałam, większość ludności mieszka poza starym ksarem. Tam też skupiają się sprzedawcy pamiątek. Z jednej strony usiłują handlować plastykową "autentyczną berberską biżuterią" made in China, a z drugiej, oferują ładną ceramikę, ładnie postarzone przedmioty sztuki użytkowej czy przepiękne wyroby wzorowane na tradycyjnych, jak n.p. różnego rodzaju drzwi - arabskie, żydowskie, a nawet egipskie. Niedawno przeczytałam, że niegdyś te żyzne południowe doliny rzek były zamieszkiwane przez bardzo licznych Żydów, stąd właśnie takie zdobnictwo. A w samym ksarze zastaliśmy miejscowego malarza-akwarelistę, który malował widoczki za pomocą wywaru z zielonej herbaty, wzmocnionego szafranem, które później podgrzewał nad palnikiem, by zyskały intensywne barwy. Żal było stamtąd odjeżdżać, tym bardziej że poranny chłód szybko ustąpił miejsca przyjemnemu ciepłu. Jednak przed nami była jeszcze długa droga do Marrakeszu, wiodąca przez Atlas Wysoki.

c.d.n.
 
« powrót|drukuj